poniedziałek, 18 grudnia 2017

podwójnie

Siedzimy przy kolacji, patrzę na to moje środkowe dziecko z niekłamanym zachwytem, bo mimo jej przeróżniastych wybryków to jednak dziecko niezwykłe, o dobrym serduszku, z niesamowitym intelektem i wspaniałym poczuciem humoru. I dziecko to rzecze do mnie:
- Mamo, bo ja Cię kocham podwójnie i lubię podwójnie, wiesz? I jak Ci kiedyś powiem, że Cię nie kocham, albo że Cię nie lubię, to zawsze zostaje jeszcze to drugie.

czwartek, 14 grudnia 2017

pobudka

W sumie nie powinno dziwić (ani mnie ani nikogo), że poranki są dla nas czasem idealnie nadającym się na mord. Być może o tym wspominałam, ale pewnie i bez tego jesienno-zimowe poranki w sposób oczywisty są momentami, kiedy zło triumfuje.
Nie może też dziwić zatem, że w zeszłą środę i czwartek zaspaliśmy. Obudzeni grubo po budziku, spieszyliśmy się, żeby skutki zaspania minimalizować - i ogarnialiśmy szybko pojawiające się w takiej sytuacji "pożary".
Dzwoniliśmy do naszej obersturm.. i tak dalej - ze żłobka, gdzie rygor większy niż w więzieniu (serio - Kacper nie może przyjść po 8, bo jeśli będzie 8.01, bez uprzedzenia, i dalej to kierowniczka zagroziła, że go tego dnia nie przyjmie; ostatnio dzwonimy codziennie, że Kacper będzie; a proponowałam paniusi - jak będziemy później i nie zadzwonimy to zapłacimy za jedzenie, trudno, ale nie każcie nam dzwonić, my po prostu mamy codziennie trudne poranki, ale nie; regulamin to regulamin), Ninka jednego dnia się spóźniła, drugiego nie poszła na pierwszą lekcje.
Żeby było weselej, kiedy my się obudziliśmy z K., okazało się, że dzieci już dawno obudzone. Siedzą w swoich pokojach i się bawią.
Na pytanie - czemu nas nie obudziły, odpowiedziała, jedna i druga, że no przecież nie pozwalamy im budzić nas...
I taka to prawda. Sen, towar mocno deficytowy, oboje z K. traktujemy jako nasz i tylko nasz. Dzieciaki śpią w swoich łóżkach w zasadzie od zawsze, nocnych wędrowań nie pamiętam - może, kiedy były niemowlakami to zdarzało mi się nie odkładać jednej czy drugiego do wyra po nocnym karmieniu i spać razem.
Ale też wspólne spanie nie jest dla mnie "wartością", w tym sensie, że ten element przytulania się, bliskości, można zrealizować inaczej, a budzona przez przebudzonego dzieciaka nie wyśpię się ani ja ani dzieciak. Ten moment bliskości jest zresztą tak krótki, zasypiam tak szybko, że nie zdążę się nim nacieszyć. A i dzieciaki nauczyły się spać osobno i nie odczuwają chyba nadmiernie braku wspólnego zasypiania i spania.
Tak to się nam ułożyło i dogadało i nawet Kacper grzeczniutko kładzie się w swoim łóżeczku i zasypia w trymiga.
W przypadku Kacpra trza jeszcze popracować nad weekendowymi porankami, żeby nie wołał, kiedy tylko otworzy ślipia, bo dziewczyny już wiedzą, że obudzony w weekend rodzic to zły rodzic. Bawią się, oglądają bajki na komputerze, czytają - ale nie wstają, dzielnie przełykając głód...
W każdym razie, w ten zeszły czwartek wieczorem, którego to dnia rano zaspaliśmy po raz drugi, kładącym się spać dziewczynom powiedziałam że gdyby się rano obudziły i była już 7 a my byśmy jeszcze spali - mają pełne prawo, a nawet obowiązek nas obudzić. Nina pokiwała główką, sprawdziła, że zegarek chodzi i nawet pokazuje dobrą godzinę. Iga zaś musiała się upewnić, jak na zegarku wygląda 7. Zaprowadziłam ją więc do łazienki, pokazałam, wytłumaczyłam. Poszła spać.
Sama, lekko zestresowana tym brakiem reakcji na budzik w poprzednie dni, słabo spałam. Co chwilę się budziłam. Ja zresztą budzę się szybko, łatwo i nieprzyjemnie, więc gdy noc jeszcze była całkowita usłyszałam cichuteńkie otwieranie drzwi i lekkie kroki. Wstałam, podreptałam i oto moim oczom ukazała się zaspana Iga. Kiedy ją spytałam, co się stało, odpowiedziała:
- Chciałam sprawdzić, która jest godzina, bo nie chciałam, żebyśmy zaspali...

Była 5 rano.

niedziela, 10 grudnia 2017

zmiana warty

Jeszcze nie tak dawno Iga mogła się bawić tylko z Niną. To znaczy tylko taka zabawa ją interesowała, sprawiała jej frajdę.
Rzeczywiście, ich wspólna zabawa zazwyczaj wyglądała wspaniale - potrafiły się zająć sobą przez naprawdę długi czas, do zabawy wykorzystywały przeróżne zabawki. Spory się zdarzały, ale nie trwały długo i zawsze któraś z nich wyciągała rękę na zgodę.
No, ale cóż, Ninka ma coraz więcej zajęć, czy to fortepianowych czy klasycznych, szkolnych. Musi się pouczyć, odrobić lekcje, poćwiczyć.
Wówczas Iga, chcąc nie chcąc, jest zamykana gdzieś w pokoju z Kacprem. I o ile na początku nie było między nimi żadnej współpracy tak ostatnio nastąpiła ogromna, jakościowa zmiana.
Niewątpliwie, rozwój Kacpra - mowy i percepcji - ma ogromny wpływ. Naprawdę Idze zaczyna odpowiadać to, że to ona wiedzie prym, Kacper musi jej słuchać i zabawa przebiega pod jej dyktando.
Ale nie jest takim dyktatorem bezwzględnym, bo stara się też bawić tak, żeby i Kacprowi się spodobało (autka, wyścigi, naprawianie maszyn).
Słodkie.

Ps.
A Kacper, pytany, jak ma na imię, odpowiada: Hapcier!

środa, 6 grudnia 2017

kradzież

Czuję się oszukana. Okradziona. Okazało się bowiem, że jest już grudzień, a ja nie mogę sobie przypomnieć, co się działo w ciągu ostatnich kilku miesięcy.
Wiem, że chodziłam do roboty, robiąc co dzień te same, idiotyczne rzeczy, pozbawione głębszego sensu i celu. Pisałam, wymyślałam, czytałam.
Poza tym ciągle gdzieś biegałam, nieustannie się spiesząc. Odebrać dziecko, na pociąg / tramwaj, autobus, do pracy i żeby coś załatwić.
Spotykaliśmy się z ludźmi, przyjaciółmi, znajomymi - wymyślałam, co można im kupić / co ugotować, jak zdążyć z zajęciami.
Niewiele czasu spędzałam z dziećmi - może z Niną najwięcej - bo kiedy już można było spokojnie usiąść, przychodziła pora kolacji, która przecież musi trwać 40 minut, a nawet godzinę, mycia się (podobnie z czasem) i może chwila na czytanie.
Pamiętam, że mimo obiecywania sobie, poranki wyglądają każdy tak samo. Budzę się (jestem budzona), myśląc, czy może uda się uniknąć tego porannego wstawania, jednak się nie udaje. Zwlekam się i już wiem, że jest za późno. Dzieci nieubrane, kiedy wreszcie da się je namówić na zmianę odzienia - głównie Igę trzeba prosić - pora na namawianie, aby zjadły śniadanie. Nieugięcie twierdzę, że bez pierwszego posiłku z domu nie wyjdą. A więc jedzą, 15 minut, 30 minut, a potem jest już tak naprawdę, naprawdę późno. I cały czas trwa poganianie, nieprzyjemna atmosfera, nerwy i ból głowy.
Ból głowy zresztą ostatnio jakoś często trwa. Doszło do tego, że ja, pierwsza na froncie walki z wszelkimi lekami (poza szczepionkami, te przyjmę bez zastrzeżeń), kupiłam sobie lek na I., i było to niedawno i już prawie pół opakowania nie ma.
No, tyle o mnie. Okradzionej, przypominam.
A dzieci mają się świetnie, jak sądzę.
Nie chorują, od razu wyjaśniam, bo to pierwsze, o co każdy pyta. Nie o ocenę bieżącej sytuacji politycznej, nie o ostatnio przeczytaną książkę / obejrzany film czy serial / posłuchany kawałek melodii, widowisko teatralne lub operowe / cokolwiek. Ale o dzieci. Więc tak, zdrowe.
Choć nie, w sumie nie do końca. Bowiem oto dalej drążymy, dlaczego Kacper jest takim chudym skrzatem. I z różnych przeglądów wyszło, że coś tam ma z moczowodem, ogólnie z nerkami. Nie wiem, co z tego wyniknie, niebawem mam nadzieję, że się dowiem.
Poza tym, skoro jesteśmy przy Kacprze, staje się mistrzem układania puzzli, zabiera się już za takie dla 3-latków, te dla 2-latków rozwala w sekundę. Staje się powoli mistrzem manipulacji, krótki płacz czy krzyk i w imię świętego spokoju (naszego) dostaje co chce (rodzynki albo bajkę).
Iga też próbuje krzykiem, ale dla 6-latki wprowadzono ostatnio podwyższone wymagania niedarcia japencji.
Generalnie Iga przechodzi ostatnio kryzys. Kolejny, chciałoby się rzec. Niepięknie się odzywa, obraża, nie słucha.
Choć z drugiej strony, potrafi być najprzylepniejszą z przylep, gada jak nakręcona, opowiada barwnie i płynnie o tym, co właśnie działo się w przedszkolu, z kim i co robiła, co jadła, czego się nauczyła. Najlepiej jej wychodzi sam na sam z rodzicem, bo kiedy w pobliżu pojawia się rodzeństwo - Iguni włącza się tryb "też tu jestem", choć przecież nie przestajemy zwracać na nią uwagę.
Uczy się czytać. Sama chciała, więc pociągnęłam temat, czytamy więc prawie co wieczór Elementarz. Idzie jej świetnie!
Dostała na urodziny od Miłosza MAPY, książkę, która pokazuje cały świat tak, że chce się oglądać. Ciekawostki geograficzne, przyrodnicze, demograficzne. Są zwierzątka, miasta, liczba ludzi czy powierzchnia. Pięknie wydane! Siadłyśmy razu pewnego i ani się obejrzałam, a minęło z pół godziny i dziecko chciało jeszcze! A każdą mapę oglądała z zapałem i zainteresowaniem, dopytywała, sama próbowała czytać.
Staram się co wieczór czytać jej choć kawałek - zawsze jej mało. Zawsze czeka na kolejny rozdział, słucha i dopytuje.
A kiedy poszła na zajęcia Uniwersytetu Dzieci długo później jeszcze potrafiła opowiadać, co też ciekawego tam się dowiedziała!
Jest niezwykle wręcz spostrzegawcza, nie boi się pytać, a czasem robi to aż za często. Gdyby nie te jej humorki...
Bo Nince, na ten przykład, powoli humorki zanikają. Jeszcze je miewa, ale nie ma mowy o takim natężeniu, jak niedawno jeszcze.
Ninka zdała egzamin z fortepianu na 4-, powód do radości być powinien, a tymczasem nauczycielka każe nam przenosić się na inny instrument, bo na tym Nince za słabo idzie. Pianistki z niej nie będzie i za rok - dwa dziecko przestanie sobie radzić i będzie musiała zmienić szkołę. Tak powiedziała nauczycielka. Nie ma, najwyraźniej, miejsca w tej szkole, a na pewno nie na fortepianie, a na pewno nie u tej nauczycielki, na dzieci grające przeciętnie lub nawet słabo. Albo artysta albo wypad z baru. Ze szkoły, w sensie. Dobrze, że już teraz nie wyrzucają nas ze szkoły - jedna z Ninki koleżanek tak właśnie karierę zakończyła, po III klasie...
Uczucia mam więcej, niż mieszane, ale muszę sobie to we łbie poukładać, zanim to gdzieś opiszę.
Tak czy siak, na razie w szkole Ninka może (łaskawie!) zostać, teraz jesteśmy po egzaminie, więc najtrudniejsze za nami, a do czerwca wiele się jeszcze wyklaruje.
Nina nie tylko z fortepianem radzi sobie na taką właśnie 4-. Oceny ma, powiedziałabym, średnie, więcej zadań ma nieodrobionych niż odrobionych. No cóż, nie mówię, że jestem zachwycona, ale tak mówiąc szczerze - nie wydaje mi się to problemem. Niech ma oceny, jakie chce, nie będę jej nakręcać na wyścig szczurów. Byle by nie zapaskudziła takimi pierdołami jak zadania domowe ocen kiedyś, kiedy te właśnie oceny będą ważne. Póki jest ciekawa wszystkiego i chętnie się uczy - nic więcej nie jest jej potrzebne...

czwartek, 26 października 2017

poszpitalnie

Kacper ma ponoć dziwne, poskręcane żyły, więc decyzją lekarzy, wydaną w czerwcu, należało upewnić się, że nie jest i nie będzie to problemem w jego codziennym funkcjonowaniu. Czy nie jest - jeszcze nie wiem, dowiem się, kiedy jedyny (!) w szpitalu specjalista zrobi opis. Szpitalu wojewódzkim, dodam.
No nic, poczekamy.
Jednakowoż przy niejakiej okazji, trochę w związku z protestami młodych lekarzy, naszły mnie pewne refleksje...
Bo tak.
Kacperska diagnostyka miała obejmować jedno zdjęcie tomografem komputerowym po podaniu kontrastu. Dziecko, wobec nieprzyjemności związanych z podawaniem kontrastu, należało uśpić. Po wybudzeniu - słowa anestezjologa - dziecko jest gotowe do normalnego funkcjonowania po 6 godzinach. Przed badaniem dziecko musi być na czczo 6 godzin.
Przy okazji zrobiono Kacprowi badanie dna oka i, rzecz jasna, morfologię.
Na badania - i w ogóle przyjęcie do szpitala - zapisaliśmy się w czerwcu. Zapisano nas na poniedziałek, 23 października.
I teraz, uwaga, pobyt w szpitalu zakończył się w czwartek (dzisiaj), 26 października.
Na moje oko, całkiem rzecz jasna ignoranckie, to te szpitale są cholernie bogate.
Otóż bowiem, skoro od czerwca wiadomym było, że mamy przyjść, a badania CT są robione wyłącznie w poniedziałki, środy i piątki, nie było lepiej kazać nam przyjść we wtorek wieczorem? Wiadomo przecież, że w poniedziałek już badania nie będzie, bo nikt nam nie mówił, że mamy być na czczo a przyjęcie miało być do 11.
Już zrozumiem, że nie dało się tego ogarnąć ambulatoryjnie - choć jest to całkowicie to wykonania - ale nie można było z jednym noclegiem? Po co cyrk z trzema noclegami, obsługą sprzątaczek, pielęgniarek, niezwykle zajętych lekarzy? Przecież to też koszty bieżące funkcjonowania szpitala - woda, prąd, wyżywienie!
Gdzie gospodarność, pytam?
Rozumiem, mają nagłe przyjęcia, ale czemu badania, które mieli zaplanowane od czerwca, nie można było zrobić o 9, 10, 11 itd, a zrobiono dopiero o 15?
Wiem, są badania nieplanowe, pilne. Ale tyle, że od 8 do 15 nie można zrobić jednego, planowanego od 4 miesięcy? Samo badanie, z uśpieniem, podaniem kontrastu, wybudzeniem trwało około 40 minut, więc naprawdę można to było zaplanować...
Czemu lekarka prowadząca nie przekazała, że po badaniu o 21, po tych obowiązkowych 6 godzinach obserwacji, możemy wyjść do domu?
Musieliśmy na nią czekać do rana, żeby mogła powiedzieć coś, co już wiemy - że wyniki opisane będą nie wiadomo kiedy i możemy wyjść, bo nie ma sensu, żebyśmy siedzieli.
A co z dobrem pacjenta, który nawet w najlepszym szpitalu będzie się gorzej czuł, niż w domu i jest ryzyko, że złapie jakieś dodatkowe, mniej sympatyczne, cholerstwo odszpitalne?
Chodzi o te 18 zł, które za każdą noc wynajęcia super łóżka muszę zapłacić? Zapłaciłabym i 30, nawet bez wynajmowania, żeby tam nie siedzieć bezczynnie!

Zakładając, że połowa pacjentów siedzi tam tak samo bez sensu (a tak jest, bo z dwiema matkami rozmawiałam i obie miały identyczne sytuacje, jak nasza) i ich pobyt można skrócić o 2/3 - zakładam, że o tyle można zmniejszyć budżet na te koszty.

Ile wtedy znalazłoby się kasy na wynagrodzenia?

Tak na moje rozumowanie problemem nie jest brak środków, które idą na służbę zdrowia, problemem jest fatalne nimi gospodarowanie. FATALNE!

I nie jest to pierwszy przypadek, niewątpliwie, niestety także nieostatni, zetknięcia się z koszmarnym gospodarzeniem moimi pieniędzmi z podatków...

poniedziałek, 16 października 2017

idzie zim

- Mamo, a wiesz, że rankami są podmrozki? - powiedziała Iga, kiedy dreptaliśmy z dworca kolejowego na przystanek tramwajowy. Wróć, czworo z nas dreptało a Kacper jechał w wózku, trzymając mnie za rękę, bo tylko to ratowało nas przed wysłuchiwaniem jego jęków, że on chce "na nóźkach".
- Naprawdę, a co to są podmrozki?
- No, to znak, że idzie zima i rano jest zimno.

I wszystko jasne.

Podmrozki.

A w domu pies, szcza po kątach, ale tylko tych z kafelkami (kulturalny, nieprawdaż), dziś po raz pierwszy pozostawiony został sam sobie na godzin 8 i pół - a jest u nas od czwartku, czyli całe 3 doby.
Aby uczynić psu pobyt w domu lżejszym, mój małżonek posprzątał garaż, zastawił kotłownię, otworzyliśmy drzwi do holu i pies mógł kursować tu i ówdzie.
Co stanowi kluczowe stwierdzenie w powyższym zdaniu?
To, że mój mąż posprzątał garaż.
Garaż. Posprzątał.
Nie mogłam się doprosić tego sprzątnięcia od lat wielu, choć używałam przeróżnych argumentów. Mąż zdążył sobie kanciapę wybudować, gdzie trzyma większość śmieci przeniesionych właśnie z garażu, zrobiliśmy nową wylewkę, mamy już tylko jedno auto. I nic.
Musiała dopiero czarna suka się w domu pojawić, żeby mój mąż posprzątał dla niej garaż.
Demotywujące.
Nie mam wielkich szans na wiek około 4 miesięcy, czarną, lśniącą sierść z białym żabocikiem, ogon, że o durnym wyrazie mordy nie wspomnę.
Nie mam szans.

Tymczasem jednak wiosna przyszła w październiku, więc dzieci, pośród komarów, z psem i synem sąsiadów, biegały po dworze aż do kompletnego nastania ciemności. Coś na kształt dzieciństwa...

wtorek, 10 października 2017

co my tu mamy

Mamy tu 6-latkę, o której niebawem, 10-latkę w IV klasie i małego, chudego gamonia, który rozgadał się na dobre.
- A co to jest?
- To jest łyżka?
- Łyżka?
- Tak, łyżka.
- A po cio?
- Do jedzenia zupy.
- Dupy?
- Tak, zupy.
Dyskusje wyglądają właśnie tak. Bosko wyglądają!
Idziemy do dzieci, do źłobka! Chcem! Będe pać mamą! Sama! Obudziłam, nie ciem pać!
Chudy jest straszliwie, choć może na tle rówieśników tak tego nie widać, siatki centylowe wyglądają dramatycznie. Coś próbujemy zbadać, ale jakoś opornie idzie.
Za to, poza jego wagą i drobnym wzrostem i powtarzającymi się raz na jakiś czas dziwnymi zawrotami głowy, gość jest bardzo udany, naprawdę.
Wieczorem, kiedy już zje kolację (najpierw je w foteliku, potem traci zapał - sadzany jest na kolanach mamy, taty, siostry, z których nieustannie złazi i łazi dookoła, ale spróbuj zabrać kolację - ryk, bo on chce jeść) i wykąpie go Tata (wycieranie gościa to cały rytuał, na sam koniec podnosi nóżkę prawą, potem nóżkę lewą - do wytarcia, oznajmiając "jeście nóśki, malutkie, wycieć") a następnie zaniesie do pokoju i ubierze, Kacper kładzie się na łóżku razem ze mną i, przytulony ("ciem bajki!") - słucha. A bajki opowiadam ambitne. O kolejce, pociągu, autku i, zawsze, o małym chłopczyku. A potem stwierdza, że chce do łóżeczka, więc odkładam smarkacza, głaszczę po kudłatej główce i wychodzę.
Spać z nami nie potrafi, pobrany do wyra wierci się we wszystkie strony i choć wygląda, jakby chciał, naprawdę, to mu się nie udaje.
Co ma tę dobrą stronę, że przynajmniej mogę się wyspać...