wtorek, 13 czerwca 2017

na niby

Tak się trochę czuję, jakby ostatnie 2 tygodnie były na niby. Udawane. Że wcale nie miały być takie, wcale w ogóle miało ich nie być, a skoro już były to udawajmy, że ich nie było. A że w ogóle to się nie wydarzyły.
Najsampierw, 2 tygodnie temu będzie, poszczepiliśmy Kacpra. A przy okazji Iga, którą bolało gardło, miała być obejrzana przez lekarza, ale ją zignorowano. W efekcie następnego dnia miała już prawie 40 stopni gorączki a zawezwani w trybie pilnym dziadkowie dzielnie pilnowali jej zdrowia sądząc, że infekcja dopiero się rozkręca. Żeby była jasność - zaczęło się niewinnym bólem gardła w czwartek, gorączką wieczorem, ciężkim piątkiem, nieco lepszą sobotą a skończyło... w niedzielę, kiedy nasze ciężko chore dziecko uparło się, żeby moczyć nogi w basenie.
Łatwo przyszło, łatwo poszło. Właśnie takich chorób, jeśli już muszą być, sobie życzę - krótko i intensywnie.
Najgorsze miało dopiero nadejść.
Otóż w ramach naszej pielgrzymki po lekarzach różnych specjalności z Kacprem i jego zawrotami głowy, na wtorek, 6 VI, zaplanowaliśmy wizytę u neurologa. Tuż po niej Ninka  miała egzamin.
Wizyta przebiegła w miłej atmosferze. Pani doktor poinformowała spokojnym głosem, że objawy Kacpra mogą świadczyć  o guzach mózgu albo o tętniakach i z uśmiechem na twarzy wypisała skierowanie do szpitala z adnotacją PILNE.
Ninka zagrała egzamin, ja wyszłam z pracy i pojechaliśmy do szpitala. Nie wiem w sumie, jak się czułam, bo nie pamiętam. To było jakieś 300 lat temu. Świetlnych lat.
Zostałam z gówniarzem na oddziale. Procedury przyjęciowe chwilę trwały, nikt nas nie wyśmiał, nikt nie odesłał. Jedynie szczyl jakiś, młody chirurg, skrytykował, że na izbę przyjęć przyjechaliśmy w komplecie, czyli także z dwoma zdrowymi dziewczynami. Niewiele brakowało, a przegryzłabym mu grdykę, bo tłumaczyć, że w tej chwili średnio mnie interesuje jego zdanie, zwyczajnie nie miałam siły. A na hasło, że dziewczyny mogą się od innych zarazić rotawirusem czy ospą odwarknęłam tylko, że są szczepione.
Położyli nas na sali z 13-latką. Kacper miał szybko zasnąć, żeby można było zrobić mu tomograf - co powinno wskazać, czy ten jego pusty łeb ma jakieś składniki, które powinny nas, dorosłych, martwić. Kacper był zmęczony. Kacper za diabła nie chciał zasnąć.
Wpuścili mu do dupki jakiś lek zwiotczający - efekt był taki, że słaniał się na nogach, przewracał i obijał, ale nie zasnąć - a była już 21. Oczywiście nie dał sobie pomóc podczas łażenia, więc obijał się o sprzęty i krzyczał, kiedy go dotykałam.
Dość dodać, że zasnął dopiero około 23. W międzyczasie obudził pół oddziału i zdołali nas przenieść do pokoju, który potem dzieliliśmy z 4-miesięcznym gościem, który ważył więcej niż Kacper (i jego mamą) i półtoraroczną dziewczynką, która dziwnie oddychała (i jej mamą). Nie wiem, czemu dziwnie. Do dzisiaj wie tylko mama dziewczynki.
Usypiałam go na różne sposoby - nosząc, kładąc się z nim, próbując wybawić. Nic. W końcu pielęgniarka umieściła nas po prostu w pustym pokoju zabiegowym, gdzie gówniarz odpłynął...
Zaniosłam go na ten CT, nawet się nie ruszył podczas badania. A potem przeżyłam dość długie 60 minut. w trakcie których lekarze oglądali obraz głowy gościa. I kiedy lekarka wlazła do pokoju i teatralnym szeptem oznajmiła, że wynik jest dobry, to...
Na dobry początek się poryczałam, żeby ten element mieć za sobą. Potem chwilę się pokręciłam po korytarzach szpitalnych, przemyślałam sprawę i już wiedziałam - gość jest zdrów.
I z tym nastawieniem z dużym spokojem przyjmowałam kolejne katusze - badanie dna oka, badanie krwi czy informacje o rezonansie (przy znieczuleniu) czy EEG.
Wynik taki, jak sobie ustaliłam - młody jest zdrowy.
Wypuszczono go wczoraj, w poniedziałek.
Dzisiaj byłam na wycieczce służbowej w stolicy.
Jutro muszę nadrobić prawie 2-tygodniowe zaległości, bo choć i w piątek i w poniedziałek w robocie byłam, to mimo wszystko lekko nieobecna...
Nie pamiętam, jak się nazywam. Nie pamiętam wiele, chyba muszę iść spać...

poniedziałek, 29 maja 2017

o baranach

Powinnam zacząć od baranów na oślej łące, ale pomimo pobytu w górach z baranów widziałam tylko durnych turystów, którzy w Parku Narodowym psa luzem puszczali. Na zwracane im uwagi odpowiadali bełkotem, wnoszę, że przyznawali mi rację (na pewno nie chcieli rzec, że się czepiam).
Ale nie zacznę od tego, bo o wyjeździe w góry pisałam. Nie lubię się powtarzać, bo nie chcę wyjść na nudziarę.
Przejdę więc do sedna o baranach, ale najpierw wspomnę tylko, że ten weekend też był w pośpiechu. W sobotę tylko było ciut luźniej, choć rankiem pognałam do pracy (na chwilę, na chwilę, w zamian cały dzień wolny dostanę!), potem urodziny młodej, 5-letniej damy Ewy, na które Ninka nie poszła, bo dostała karę, Iga zaś bawiła się znakomicie. W niedzielę przyjechali teściowie, więc wyrwaliśmy się z małżonkiem, na chwilę dosłownie, żeby trochę pieniędzy wydać. Potem była już gonitwa - trzeba było szybko wrócić, szybko obiad przygotować, jeszcze szybciej zjeść, szybko odwieźć mnie i dziewuchy na tramwaj. K. wrócił i szybko teściów na lotnisko odwiózł a ja szybko pojechałam prezenty kupować a potem szybko pojechaliśmy do znajomych na prawie parapetówę. Znajomych - dawnych sąsiadów. Ale fajnie było się spotkać... Ci sami sąsiedzi byli u nas zresztą niedawno, dziewczyny, zwłaszcza starsze i będące w bardzo zbliżonym wieku szybko złapały kontakt, wczoraj może nie tak idealnie, ale też było dobrze.
Ale tu dalej nie ma baranów.
Otóż wspominałam, że Kacper mówi. Nie wiadomo, z reguły, co, ale mówi. No dobra, będę uczciwa, ostatnio jego słowa przypominają już ludzką mowę i nawet można się domyślić: auto, aktor (traktor), eci (leci), dada (woda), yjś (wyjść - z fotelika), mamą (z mamą), do domu, eciu (keczup), astko (ciastko), ina (Nina) i ...ga (Iga) i tak dalej. Wszystko pozjadane.
Często także krzyczy, co w warunkach brzegowych, jakim jest samochód, doprowadza mnie na skraj załamania nerwowego. Po całym dniu w hałasie, wsiadam do auta pełnego ludzi (dobrze, że K. już wie, że radio trzeba wyłączyć, bo inaczej naprawdę gryzę), w którym każdy coś mówi. Poza mną, z reguły, chyba, że muszę. Większość z tego mówią do mnie - albo pytają albo protestują. Albo się kłócą. Albo jęczą. Albo narzekają. Z rzadka - śpiewają. Do tego dochodzi głos Kacpra - z rzadka jęczy, najczęściej mówi tym swoim starocerkiewnosłowiańskim z domieszką ugrofińskiego, a jeszcze częściej - krzyczy.
Razu pewnego jednak jechaliśmy w atmosferze miłej i spokojnej. Jak rzadko. Dzieci odzywały się do siebie uprzejmie, nie darły dziobów, nie szarpały się, nie przerywały sobie wypowiedzi. Cud-miód.
Akurat na tapecie był Kacper i jego nowo-nie-mowa.
- Kacper powiedz fryga.
- ..ga - powiedział Kacper.
- Kacper powiedz lina.
- ...na - powiedział Kacper.
I tak szukaliśmy sobie, jakie słowo Kacper zje, a którego końcówka brzmieć będzie jak końcówka naszych imion / funkcji rodzinnych.
- A powiedz dama!
- .ama! - zakrzyknął Kacper.
- Powiedz owca.
- ..ta - triumfalnie wydusił Kacper.
Po chwili zaczęliśmy podsumowywać efekty działań Kacpra. Najbardziej bawiło to Igę:
- Czyli mama jest damą, lamą, plamą i samą. A Nina to lina, świnia, dziewczyna i roślina. A Tata to baran....

Ups...

poniedziałek, 22 maja 2017

skóra

W weekend pojechaliśmy w góry.
Pewnie byśmy nie pojechali, gdyby nie zaproszenie do świętowania zmiany kodu u przyjaciół. Tak, to już ten czas, że ludziom zmienia się cyferka, ludziom z bliskiego otoczenia, w tym wiekowego, a do tego wymyślają, że życzą sobie imprezy na wyjeździe.
Wyszło mi, że skoro już jedziemy tak daleko (dwie godziny...) to pojedźmy sobie dzień wcześniej, bo w piątek, zażyjmy świeżego powietrza, ruchu w górach, czasu ze sobą a nie ze ścierką czy odkurzaczem.
Pojechaliśmy.
Chcąc przybliżyć dzieciom radość z przebywania w schroniskach górskich, zanocowaliśmy w takowym. Cena jak w dobrym pensjonacie. Żarcie gorsze. Warunki... No, my z małżonem w śpiworach, dzieciom zafundowałam pościel, niech mają (wciąż mam w pamięci reakcję Niny, kiedy podjechaliśmy pod hotelik w Reims - "co, tylko jedna gwiazdka??").
Zimno... Woda ogrzewana podgrzewaczem przepływowym albo paliła wrzątkiem albo ścinała zimnem z nóg. Dzieci piszczały i nie był to pisk radości.
Ale nic to. Poszliśmy rano w góry. Co się nastękały te moje latorośle to ich, fakt, że wiało i było zimno, szło się w chmurach i dla przeciętnego dziecka łażenie w górę i w dół w takich warunkach jest umiarkowaną atrakcją.
Dalsza część dnia była przyjemniejsza, bo dotarliśmy na miejsce urodzin, hoteliku zacnego, czystego i z odpowiednią ilością atrakcji (inne dzieci).
Pominę milczeniem imprezę i jej skutki dla zdrowia dorosłych.
Ważne, że w niedzielę znów ruszyliśmy na szlak. Iga płakała, bo jej ulubiony kolega zostawił ją w daleko w tyle. I kiedy w końcu go dogoniła postanowiła powrócić na chwile do nas, rodziców, upewnić się, że jest grzeczna (od tego zależało, czy dostanie dodatkowe strzały do świeżo zdobytego łuku - nota bene, strzelanie idzie jej koncertowo). Pech chciał, że się przewróciła, lekko zdarła skórkę na rączce. Rozmiar krzywdy to jakiś milimetr na milimetr.
I tak szła ze mną, przez chwilę, płacząc. A kiedy ból prawie przeminął, zorientowała się:
- Tam została moja skórka!
Trochę mnie zatkało, wobec czego nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Na wszelki wypadek przytaknęłam.
- A jak ktoś ją zdepcze?

sobota, 29 kwietnia 2017

żarty żartami...

.. ale tak na serio, to o co chodzi z tą pogodą? Zaczynam podejrzewać, że mój sympatyczny skądinąd kolega, alter ego terlisia, jednak miał rację, że w ... balona nas robią z tym ociepleniem klimatu, spisek firm i chcą nas tylko naciągną. Elninio nas atakuje czy co?
Chodzimy więc w czapkach, ciepłych kurtkach, dojeżdżamy do centrum autem (ku mojej cichej rozpaczy i jeszcze cichszej aprobacie - no zimno jest, no...) zamiast pociągiem, rower to tylko na 10 minut a o spacerach dłuższych (np. w góry...) nawet nie myślę. Jak nie pada żabami (lub pozostałościami po bałwanku, jak dzisiaj) to wieje tak, że czuję zapach od sąsiadów Niemców, jak właśnie gnojówkę rozrzucili.
I tak nam minął uroczy kwiecień, początek maja zapowiada się równie atrakcyjnie pogodowo. Rozważam zabranie (wyjeżdżamy!!!) kurtki narciarskiej, bo jednak jest rzeciwwiatrowa. I wyciągnę dla Kacpra kombinezon zimowy (uprany, pochowany). Narty stoją, może 3 maja uczcimy konstytucyjnym zjazdem?
Dzieci me umęczone, oczy podkrążone, płaczą z powodu i bez. Nina tragedię widzi wszędzie, Iga na nic się nie może zgodzić, Kacper słucha tylko swojej intuicji a ja siwieję. Intelektualnie tylko, na szczęście, moje włosy jako jedyne stoją na posterunku i udają, że mam mniej, niż mam. Coraz więcej zaproszeń z okazji up grade-u do wersji 4.0 jasno daje mi do zrozumienia, że i ja pewien etap życia powinnam uznać za zamknięty.
Pierwszy miesiąc pracy za mną. Łatwo nie było, głównie z powodu reżimu pełnoetatowca. Nadal smutno mi, kiedy patrzę na szkraby płaczące i niepotrafiące sobie z emocją poradzić, ale obecnie chyba zmęczenie nie pozwala mi się tym przejąć bardziej. A jakbym się nawet przejęła...  To pewnie niewiele zdziałała. Ale to temat na bardzo długi wywód o konieczności zapewnienia pożywienia potomstwu, warunków rozwoju, lokalu, rozrywek, jak również o samorealizacji i konieczności spłacania pewnych zobowiązań prywatno- i publicznoprawnych.
W międzyczasie:
Iga, jakem wspominała, nie radzi sobie ze złością. Potrafi jednak emocje nazwać - wkurzając się, potrafi wywrzeszczeć na mnie: "Jestem zła!!!", "Jestem zła, bo mama jest dla mnie niedobra!!!.
I wszystko jasne. Nazwanie emocji to doskonały początek, żeby ją sobie obejrzeć, ocenić, okiełznać.
Nina zaś wybucha płaczem, histeria toczy ją jak robaczek i za nic nie może się (Nina, domniemany robaczek mnie nie interesuje) uspokoić. Nie bardzo też wie, co z tym robić, bo stara się uspokoić, a nie może.
Dla sprawiedliwości - Iga też nie potrafi się uspokoić.
Razu pewnego Iga, w furii pozostając, pomaszerowała do toalety. Ja do niej krzykiem, proszę, żeby przyszła na podwieczorek. Iga, wrzaskiem, że nie przyjdzie.
Pytam:
- Iguś, czy masz focha?
Cisza...
- Tak jakby - odpowiada Iga.

No, to "tak jakby" rozpoczynam długi weekend z wtorkową przerwą na pracę.

Dodam jeszcze, póki mam klawiaturę pod palcami, że Kacper ma wymowę niemowy. Dostał dziś, w ramach uczczenia pierwszego miesiąca nowej pracy mamy (czyli mnie) zabawkę, która wydaje dźwięki. Najbardziej zainteresowała go świnia, wydająca dźwięk wymiotującego żulozwierza. Serio, musieli jakiegoś kolesia w bramie usłyszeć i zarejestrować dźwięk. Proszę więc Kacpra, żeby powiedział "świnia". Powiedział, owszem:
- Iiii....na.
Wszystko pięknie, gorzej było, kiedy się pojawiła siostra, ta starsza. Zawołał bowiem jej brat:
- Iiiii...na - wołając, by przyszła.
- Iiii... na - pokazując na świnię.
Nina się obraziła a potem rozpłakała, że brat nazywa ją świnią. Grunt to potrafić się śmiać, nawet nie z samej siebie tylko z tego głąba, który lat mając prawie 2 nie potrafi nawet jednego zdania wypowiedzieć.
U niego dada to woda. Yjś to wyjść (z fotelika, po jedzeniu). Ga to Iga. Ina to Nina. Rodziców nazwać potrafi, jak cię mogę, choć myma (nie ma) dość podobne jest do mama.
Kilka zwierząt próbuje naśladować, ato to auto, ato to traktor, i takie tam. Rozmowny jest przeogromnie, nawija w jakimś narzeczu suahili, czegoś chce, nikt go nie rozumie, ten się wścieka, no koszmar. Mówimy mu, żeby nauczył się mówić, to znacząco poprawia komunikację, ale jakoś nie działa na niego ta argumentacja.
Kacper faktycznie jest brakującym ogniwem pomiędzy Niną i Igą. Krnąbrny jak Iga, która ma centralnie w pompie, że ktoś coś mówi, coś chce - ona musi tu i teraz coś powiedzieć, bo inaczej zapomni. Przytulający się jak Nina, uwielbia siadać mi na kolanach i oglądać swoje ulubione książeczki. Oczywiście inaczej niż Nina, niewiele potrafi powtórzyć (patrz wyżej), ale ogląda i słucha, no i się przytula. To taka mieszanka obu dziewczyn, coś co powoduje, że zaczynam wierzyć, że one, tak różne od siebie, mogą być siostrami.

A kiedy są wszystkie te potwory razem, i razem się bawią, to po cichutku modlę się do nieistniejących sił, żeby jakoś zatrzymały ten moment, bo jest taki piękny...

środa, 19 kwietnia 2017

urywki

Minęły święta, patrząc za okno zastanawiam się, które. Zdaje się, że te z zającem, bo zdaje się, że coś dzieci rysowały, ale pewności nie mam, sądząc po temperaturach.
Minęły trochę dziwnie. Zaczęłam nową pracę, która okazuje się być bardzo mocno angażująca i wymagająca, od czego odwykłam przez lata (przy dzieciach jednak czułam się mniej intelektualnie angażowana a dotychczasowa praca była już oswojona). Do tego od drugiego dnia pracy zdrowie mi zaszwankowało, do tego stopnia, że tuż przed świętami odważyłam się (na okresie próbnym będąc wszakże!) pójść na zwolnienie.
Czułam się więc z lekka nieprzytomnie i nieobecnie.
Nie było malowania pisanek, list do zająca dziewczyny wykonały na odczepnego, nic nie szykowaliśmy i pojechaliśmy na całkowicie gotowe. Miało to swoje niezaprzeczalne zalety, bo naprawdę wypoczęłam, ale też o żadnej magii mowy być nie mogło.
A szkoda.
Dzisiaj rano Ninka wyjechała na szkolną wycieczkę. Wysłała kilka smsów, że wszystko dobrze, ale koło 15 zadzwoniła, że koleżanki, z którymi miała być w pokoju, wyniosły się do innego, została z inną, jedną tylko, nie jej najbliższą. Skarży się, biedna, że nie ma najlepszej przyjaciółki, opowiada, jak źle ją koleżanki traktują.
Nie wiem, jak jej pomóc. Radzę, żeby się nie złościła, nie traktowała wszystkiego tak poważnie, nie obrażała się. Ale czy to dobra strategia? Czy zamiast doradzać nie powinnam spędzać z nią mnóstwa czasu tak, żeby nie musiała zabiegać o uwagę innych dziewczynek?
A Iga?
Jest opryskliwa. Nigdy nie sądziłam, że 5-latka może być opryskliwa. Wpada często w płacz, nie słucha próśb.
Paradoksalnie, najlepiej w tym pędzie radzi sobie Kacper. Jest uśmiechnięty, zadowolony z życia - pod warunkiem, że ma co jeść. Tylko te jego zawroty głowy... chwilowo niediagnozowalne. Nie wydaje mi się, aby mogło to mieć podłoże psychiczne, skoro pierwszy raz wydarzył się w sierpniu, kiedy jeszcze byłam z nim cały czas. Poza tym daje radę, ze żłobkiem, z rozstaniami.
Chyba.
A ja się miotam, bo chciałabym jakoś zwolnić, ale nie widzę horyzontu. Dojazd do pracy rano, wraz z odprowadzeniem dzieci - godzina. Bite 8 godzin w biurze. Powrót - kolejna godzina, chyba że mają zajęcia dodatkowe. Kiedy jesteśmy w domu o 18 czy niechby i o 17 - ile nam zostaje z tego bycia razem? 2-3 godziny. O 19 kolacja, kąpiel i spać, żeby o 6.30 zwlec te biedne dzieci do placówek.
Funduję im życie od weekendu do weekendu. Od niewyspanych świąt do zachorowanych świąt. W imię czego? Dużego domu, fajnego auta, bezpieczeństwa materialnego.
Słabe to.
Rany, jakie to słabe...
Znak naszych czasów, chyba. Może i tak, ale bardzo mi nieodpowiadający...

czwartek, 23 marca 2017

oszustwo

Czuję się oszukana.
Wiadomo, ciąża ma swoje prawa i obowiązki, ma także swoje konsekwencje. Niezaplanowane zwiększenie ilości obywatela tego pięknego kraju, którą to ilość z wiekiem i każdą ciążą coraz trudniej zgubić, to jedno. Uśmiech Mona Lizy poniżej linii bikini - to drugie. Na zęby, włosy i paznokcie się nie skarżę, nic się nie zmieniło. Zmianę w zakresie posiadania kolagenu raczej należy przypisać wiekowi - a wiek jest XXI - niż ciąży, więc skarżę się umiarkowanie.
Ale przepuklina?
Serio?
Naprawdę chciałam zacząć intensywniej ćwiczyć, nawet poczyniłam w tę stronę stosowne przygotowania taktyczne - jak choćby przejechane w BARI 40 km na rowerze, jednego dnia, oraz przespacerowane kolejne 40 km w 3 pozostałe dni. Na własnych niby-nóżkach.
Chciałam po powrocie kontynuować. Raz wybrałam się rowerem - jazda pod wiatr była szczególnie interesująca, gdyż nie pedałując cofałam się. Zapewne ilość zużytych kilokalorii była potrójnie większa aniżeli pokazywał ENDO. Łażę jak natchniona, kilometry robię z dziećmi i bez dzieci.
Chciałam na basen pójść, w domu brzuszki poćwiczyć. I co? I nic z tego.
Na moim ślicznym onegdaj pępuszku wyrosło coś, co wygląda jak obcy. Najpierw sądziłam, że to wszystko wina wybrzuszeń ciążowych, teraz już wiem, że może i tak, ale nie powstania wybrzuszenia tylko przepukliny.
Czeka mnie, podobno, operacja. Podobno, bo przecież najpierw muszę w kolejce do internisty a potem do kolejnych odstać swoje. Ale wujek gugl swoje wie, grzecznie przekazuje, a ja mu wierzę, bo on wie, co mówi.
Oszukano mnie. Jak byłam młoda nikt mi nie mówił, że poza worami pod oczami z niewyspania, radykalnej zmiany charakteru z narwańca na oazę spokoju, zmian degeneracyjnych w mózgu od powtarzania "Iga jedz, Kacper nie rusz, Nina, to nie jest powód do płaczu" dostanę PRZEPUKLINY!! Z powodu ciąż(y).
Nie o take Polske walczyłem.

wtorek, 21 marca 2017

tydzień smaków różnych

Zaczęło się od tego, że Kacper w żłobku zjadł wszystko. Ponoć do nogi, lizał talerze i krzyczał, że mało. A było to w piątek, 10 marca. Zjadł tyle, że brzuszek zaczął mu tak sterczeć, że nie mógł się schylić. Dziwowałam się, że nie chce skosztować niebiańskich w smaku strudli, znalezionych w uroczej knajpce niedaleko Rynku (podczas francuskiego dziewczyn), a później kolacji nie tknął prawie.
Efekt był taki, że w nocy z piątku na sobotę obudziło nas dramatyczne wołanie o pomoc – Kacper zwrócił całkiem sporo, najwyraźniej jego brzuszek nie przyjął aż takiej ilości jedzenia. Umyty i przebrany poszedł spać, ale jakoś stracił zapał do jedzenia.
W tak zwanym międzyczasie przybyli do nas – a właściwie do świątyni muzyki – Dziadkowie, których uraczyliśmy biletami na koncert w NFM. Chcieli, nie chcieli – przybyli, w końcu był to prezent z okazji Dnia Babci i Dnia Dziadka.
Sobotę mieliśmy bardzo pracowitą, pojechałam z Ninką na zajęcia na Uniwersytecie Dzieci a po południu wybyliśmy do Magdy i Marcina – rodziców Helenki, koleżanki Igi z przedszkola. A tam – królewskie przyjęcie! Stół się uginał od ilości potraw, od zupy rybnej przez sałatkę, kurczaki a’la nuggetsy po sosy, dodatki i inne takie. Wychodziliśmy dość późno (Kacper urządził sobie drzemkę od 15 do 18, w związku z tym się spóźniliśmy, ale za to mogliśmy dłużej posiedzieć), zostawiając dziewczyny na nocowanie (ku ogromnej radości Igi), pełni aż do wypęku.
Dziewczyny odebrał rano K., po czym my ruszyliśmy do przygotowania posiłku, gdyż popołudniem odwiedzili nas goście – Kasia z Markiem i dzieciakami. Wyprodukowałam menu, natchniona poprzednim wieczorem, a K. wszystko prawie ugotował. Stół się wprawdzie nie uginał, bo produkcja leciała na bieżąco, ale mogliśmy się, naprawdę, najeść tym wszystkim…
A potem było już tylko lepiej – we wtorek odstawiliśmy dzieci (Nina poszła do szkoły, wedle planu, ale zamiast do domu pojechała do swojej koleżanki Wiki na nocowanie, ze szkoły w środę odebrał ją Dziadek Kaju z Babcią Marylą; młodsze zawieźliśmy do moich osobistych teściów) i wybyliśmy do Włoch, do Bari. A tam… Obleśne, słodkie śniadania, to jedyne, co nie było dobre. Ale pizza… No i owoce morza. Dwa razy wybraliśmy się do lokalnych, dobrze notowanych restauracji, jedząc takie posiłki… Normalnie takie posiłki…. Do teraz, na samą myśl, ślinka mi cieknie. Świeże, doskonale przyrządzone, do tego wyborne wino, piękne widoki.
Po powrocie już nie było tak kulinarnie, na pewno bardzo hałaśliwie – stęsknione dzieci bardzo się starają, żeby zwrócić na nie uwagę – więc zwracamy.
Kacper też, znowu, zwrócił, wczoraj w żłobku, więc został zawrócony do domu, posiedzieliśmy sobie razem. Taka klamra, że tak powiem. Efekt tego jego zwracania, zapewne wespół z zapaleniem płuc, co jednak musi siać spustoszenie, nawet jeśli przechodzone jest łagodnie, to spadek wagi i znowu niechlubne miejsce na siatce centylowej. Pozostaje jakieś smaki nowe odkryć, zachęcić go do jedzenia i utuczyć.

Dziewczęta zaś tuczone być nie muszą, mają wagę idealną. Tylko jakoś Igę by należało podregulować, bo jej jedzenie posiłków wychodzi tylko wówczas, gdy ktoś powtarza co 5 sekund „jedz”. Czasem myślę, że bez tego powtarzania ona by z głodu umarła…