sobota, 29 kwietnia 2017

żarty żartami...

.. ale tak na serio, to o co chodzi z tą pogodą? Zaczynam podejrzewać, że mój sympatyczny skądinąd kolega, alter ego terlisia, jednak miał rację, że w ... balona nas robią z tym ociepleniem klimatu, spisek firm i chcą nas tylko naciągną. Elninio nas atakuje czy co?
Chodzimy więc w czapkach, ciepłych kurtkach, dojeżdżamy do centrum autem (ku mojej cichej rozpaczy i jeszcze cichszej aprobacie - no zimno jest, no...) zamiast pociągiem, rower to tylko na 10 minut a o spacerach dłuższych (np. w góry...) nawet nie myślę. Jak nie pada żabami (lub pozostałościami po bałwanku, jak dzisiaj) to wieje tak, że czuję zapach od sąsiadów Niemców, jak właśnie gnojówkę rozrzucili.
I tak nam minął uroczy kwiecień, początek maja zapowiada się równie atrakcyjnie pogodowo. Rozważam zabranie (wyjeżdżamy!!!) kurtki narciarskiej, bo jednak jest rzeciwwiatrowa. I wyciągnę dla Kacpra kombinezon zimowy (uprany, pochowany). Narty stoją, może 3 maja uczcimy konstytucyjnym zjazdem?
Dzieci me umęczone, oczy podkrążone, płaczą z powodu i bez. Nina tragedię widzi wszędzie, Iga na nic się nie może zgodzić, Kacper słucha tylko swojej intuicji a ja siwieję. Intelektualnie tylko, na szczęście, moje włosy jako jedyne stoją na posterunku i udają, że mam mniej, niż mam. Coraz więcej zaproszeń z okazji up grade-u do wersji 4.0 jasno daje mi do zrozumienia, że i ja pewien etap życia powinnam uznać za zamknięty.
Pierwszy miesiąc pracy za mną. Łatwo nie było, głównie z powodu reżimu pełnoetatowca. Nadal smutno mi, kiedy patrzę na szkraby płaczące i niepotrafiące sobie z emocją poradzić, ale obecnie chyba zmęczenie nie pozwala mi się tym przejąć bardziej. A jakbym się nawet przejęła...  To pewnie niewiele zdziałała. Ale to temat na bardzo długi wywód o konieczności zapewnienia pożywienia potomstwu, warunków rozwoju, lokalu, rozrywek, jak również o samorealizacji i konieczności spłacania pewnych zobowiązań prywatno- i publicznoprawnych.
W międzyczasie:
Iga, jakem wspominała, nie radzi sobie ze złością. Potrafi jednak emocje nazwać - wkurzając się, potrafi wywrzeszczeć na mnie: "Jestem zła!!!", "Jestem zła, bo mama jest dla mnie niedobra!!!.
I wszystko jasne. Nazwanie emocji to doskonały początek, żeby ją sobie obejrzeć, ocenić, okiełznać.
Nina zaś wybucha płaczem, histeria toczy ją jak robaczek i za nic nie może się (Nina, domniemany robaczek mnie nie interesuje) uspokoić. Nie bardzo też wie, co z tym robić, bo stara się uspokoić, a nie może.
Dla sprawiedliwości - Iga też nie potrafi się uspokoić.
Razu pewnego Iga, w furii pozostając, pomaszerowała do toalety. Ja do niej krzykiem, proszę, żeby przyszła na podwieczorek. Iga, wrzaskiem, że nie przyjdzie.
Pytam:
- Iguś, czy masz focha?
Cisza...
- Tak jakby - odpowiada Iga.

No, to "tak jakby" rozpoczynam długi weekend z wtorkową przerwą na pracę.

Dodam jeszcze, póki mam klawiaturę pod palcami, że Kacper ma wymowę niemowy. Dostał dziś, w ramach uczczenia pierwszego miesiąca nowej pracy mamy (czyli mnie) zabawkę, która wydaje dźwięki. Najbardziej zainteresowała go świnia, wydająca dźwięk wymiotującego żulozwierza. Serio, musieli jakiegoś kolesia w bramie usłyszeć i zarejestrować dźwięk. Proszę więc Kacpra, żeby powiedział "świnia". Powiedział, owszem:
- Iiii....na.
Wszystko pięknie, gorzej było, kiedy się pojawiła siostra, ta starsza. Zawołał bowiem jej brat:
- Iiiii...na - wołając, by przyszła.
- Iiii... na - pokazując na świnię.
Nina się obraziła a potem rozpłakała, że brat nazywa ją świnią. Grunt to potrafić się śmiać, nawet nie z samej siebie tylko z tego głąba, który lat mając prawie 2 nie potrafi nawet jednego zdania wypowiedzieć.
U niego dada to woda. Yjś to wyjść (z fotelika, po jedzeniu). Ga to Iga. Ina to Nina. Rodziców nazwać potrafi, jak cię mogę, choć myma (nie ma) dość podobne jest do mama.
Kilka zwierząt próbuje naśladować, ato to auto, ato to traktor, i takie tam. Rozmowny jest przeogromnie, nawija w jakimś narzeczu suahili, czegoś chce, nikt go nie rozumie, ten się wścieka, no koszmar. Mówimy mu, żeby nauczył się mówić, to znacząco poprawia komunikację, ale jakoś nie działa na niego ta argumentacja.
Kacper faktycznie jest brakującym ogniwem pomiędzy Niną i Igą. Krnąbrny jak Iga, która ma centralnie w pompie, że ktoś coś mówi, coś chce - ona musi tu i teraz coś powiedzieć, bo inaczej zapomni. Przytulający się jak Nina, uwielbia siadać mi na kolanach i oglądać swoje ulubione książeczki. Oczywiście inaczej niż Nina, niewiele potrafi powtórzyć (patrz wyżej), ale ogląda i słucha, no i się przytula. To taka mieszanka obu dziewczyn, coś co powoduje, że zaczynam wierzyć, że one, tak różne od siebie, mogą być siostrami.

A kiedy są wszystkie te potwory razem, i razem się bawią, to po cichutku modlę się do nieistniejących sił, żeby jakoś zatrzymały ten moment, bo jest taki piękny...

środa, 19 kwietnia 2017

urywki

Minęły święta, patrząc za okno zastanawiam się, które. Zdaje się, że te z zającem, bo zdaje się, że coś dzieci rysowały, ale pewności nie mam, sądząc po temperaturach.
Minęły trochę dziwnie. Zaczęłam nową pracę, która okazuje się być bardzo mocno angażująca i wymagająca, od czego odwykłam przez lata (przy dzieciach jednak czułam się mniej intelektualnie angażowana a dotychczasowa praca była już oswojona). Do tego od drugiego dnia pracy zdrowie mi zaszwankowało, do tego stopnia, że tuż przed świętami odważyłam się (na okresie próbnym będąc wszakże!) pójść na zwolnienie.
Czułam się więc z lekka nieprzytomnie i nieobecnie.
Nie było malowania pisanek, list do zająca dziewczyny wykonały na odczepnego, nic nie szykowaliśmy i pojechaliśmy na całkowicie gotowe. Miało to swoje niezaprzeczalne zalety, bo naprawdę wypoczęłam, ale też o żadnej magii mowy być nie mogło.
A szkoda.
Dzisiaj rano Ninka wyjechała na szkolną wycieczkę. Wysłała kilka smsów, że wszystko dobrze, ale koło 15 zadzwoniła, że koleżanki, z którymi miała być w pokoju, wyniosły się do innego, została z inną, jedną tylko, nie jej najbliższą. Skarży się, biedna, że nie ma najlepszej przyjaciółki, opowiada, jak źle ją koleżanki traktują.
Nie wiem, jak jej pomóc. Radzę, żeby się nie złościła, nie traktowała wszystkiego tak poważnie, nie obrażała się. Ale czy to dobra strategia? Czy zamiast doradzać nie powinnam spędzać z nią mnóstwa czasu tak, żeby nie musiała zabiegać o uwagę innych dziewczynek?
A Iga?
Jest opryskliwa. Nigdy nie sądziłam, że 5-latka może być opryskliwa. Wpada często w płacz, nie słucha próśb.
Paradoksalnie, najlepiej w tym pędzie radzi sobie Kacper. Jest uśmiechnięty, zadowolony z życia - pod warunkiem, że ma co jeść. Tylko te jego zawroty głowy... chwilowo niediagnozowalne. Nie wydaje mi się, aby mogło to mieć podłoże psychiczne, skoro pierwszy raz wydarzył się w sierpniu, kiedy jeszcze byłam z nim cały czas. Poza tym daje radę, ze żłobkiem, z rozstaniami.
Chyba.
A ja się miotam, bo chciałabym jakoś zwolnić, ale nie widzę horyzontu. Dojazd do pracy rano, wraz z odprowadzeniem dzieci - godzina. Bite 8 godzin w biurze. Powrót - kolejna godzina, chyba że mają zajęcia dodatkowe. Kiedy jesteśmy w domu o 18 czy niechby i o 17 - ile nam zostaje z tego bycia razem? 2-3 godziny. O 19 kolacja, kąpiel i spać, żeby o 6.30 zwlec te biedne dzieci do placówek.
Funduję im życie od weekendu do weekendu. Od niewyspanych świąt do zachorowanych świąt. W imię czego? Dużego domu, fajnego auta, bezpieczeństwa materialnego.
Słabe to.
Rany, jakie to słabe...
Znak naszych czasów, chyba. Może i tak, ale bardzo mi nieodpowiadający...

czwartek, 23 marca 2017

oszustwo

Czuję się oszukana.
Wiadomo, ciąża ma swoje prawa i obowiązki, ma także swoje konsekwencje. Niezaplanowane zwiększenie ilości obywatela tego pięknego kraju, którą to ilość z wiekiem i każdą ciążą coraz trudniej zgubić, to jedno. Uśmiech Mona Lizy poniżej linii bikini - to drugie. Na zęby, włosy i paznokcie się nie skarżę, nic się nie zmieniło. Zmianę w zakresie posiadania kolagenu raczej należy przypisać wiekowi - a wiek jest XXI - niż ciąży, więc skarżę się umiarkowanie.
Ale przepuklina?
Serio?
Naprawdę chciałam zacząć intensywniej ćwiczyć, nawet poczyniłam w tę stronę stosowne przygotowania taktyczne - jak choćby przejechane w BARI 40 km na rowerze, jednego dnia, oraz przespacerowane kolejne 40 km w 3 pozostałe dni. Na własnych niby-nóżkach.
Chciałam po powrocie kontynuować. Raz wybrałam się rowerem - jazda pod wiatr była szczególnie interesująca, gdyż nie pedałując cofałam się. Zapewne ilość zużytych kilokalorii była potrójnie większa aniżeli pokazywał ENDO. Łażę jak natchniona, kilometry robię z dziećmi i bez dzieci.
Chciałam na basen pójść, w domu brzuszki poćwiczyć. I co? I nic z tego.
Na moim ślicznym onegdaj pępuszku wyrosło coś, co wygląda jak obcy. Najpierw sądziłam, że to wszystko wina wybrzuszeń ciążowych, teraz już wiem, że może i tak, ale nie powstania wybrzuszenia tylko przepukliny.
Czeka mnie, podobno, operacja. Podobno, bo przecież najpierw muszę w kolejce do internisty a potem do kolejnych odstać swoje. Ale wujek gugl swoje wie, grzecznie przekazuje, a ja mu wierzę, bo on wie, co mówi.
Oszukano mnie. Jak byłam młoda nikt mi nie mówił, że poza worami pod oczami z niewyspania, radykalnej zmiany charakteru z narwańca na oazę spokoju, zmian degeneracyjnych w mózgu od powtarzania "Iga jedz, Kacper nie rusz, Nina, to nie jest powód do płaczu" dostanę PRZEPUKLINY!! Z powodu ciąż(y).
Nie o take Polske walczyłem.

wtorek, 21 marca 2017

tydzień smaków różnych

Zaczęło się od tego, że Kacper w żłobku zjadł wszystko. Ponoć do nogi, lizał talerze i krzyczał, że mało. A było to w piątek, 10 marca. Zjadł tyle, że brzuszek zaczął mu tak sterczeć, że nie mógł się schylić. Dziwowałam się, że nie chce skosztować niebiańskich w smaku strudli, znalezionych w uroczej knajpce niedaleko Rynku (podczas francuskiego dziewczyn), a później kolacji nie tknął prawie.
Efekt był taki, że w nocy z piątku na sobotę obudziło nas dramatyczne wołanie o pomoc – Kacper zwrócił całkiem sporo, najwyraźniej jego brzuszek nie przyjął aż takiej ilości jedzenia. Umyty i przebrany poszedł spać, ale jakoś stracił zapał do jedzenia.
W tak zwanym międzyczasie przybyli do nas – a właściwie do świątyni muzyki – Dziadkowie, których uraczyliśmy biletami na koncert w NFM. Chcieli, nie chcieli – przybyli, w końcu był to prezent z okazji Dnia Babci i Dnia Dziadka.
Sobotę mieliśmy bardzo pracowitą, pojechałam z Ninką na zajęcia na Uniwersytecie Dzieci a po południu wybyliśmy do Magdy i Marcina – rodziców Helenki, koleżanki Igi z przedszkola. A tam – królewskie przyjęcie! Stół się uginał od ilości potraw, od zupy rybnej przez sałatkę, kurczaki a’la nuggetsy po sosy, dodatki i inne takie. Wychodziliśmy dość późno (Kacper urządził sobie drzemkę od 15 do 18, w związku z tym się spóźniliśmy, ale za to mogliśmy dłużej posiedzieć), zostawiając dziewczyny na nocowanie (ku ogromnej radości Igi), pełni aż do wypęku.
Dziewczyny odebrał rano K., po czym my ruszyliśmy do przygotowania posiłku, gdyż popołudniem odwiedzili nas goście – Kasia z Markiem i dzieciakami. Wyprodukowałam menu, natchniona poprzednim wieczorem, a K. wszystko prawie ugotował. Stół się wprawdzie nie uginał, bo produkcja leciała na bieżąco, ale mogliśmy się, naprawdę, najeść tym wszystkim…
A potem było już tylko lepiej – we wtorek odstawiliśmy dzieci (Nina poszła do szkoły, wedle planu, ale zamiast do domu pojechała do swojej koleżanki Wiki na nocowanie, ze szkoły w środę odebrał ją Dziadek Kaju z Babcią Marylą; młodsze zawieźliśmy do moich osobistych teściów) i wybyliśmy do Włoch, do Bari. A tam… Obleśne, słodkie śniadania, to jedyne, co nie było dobre. Ale pizza… No i owoce morza. Dwa razy wybraliśmy się do lokalnych, dobrze notowanych restauracji, jedząc takie posiłki… Normalnie takie posiłki…. Do teraz, na samą myśl, ślinka mi cieknie. Świeże, doskonale przyrządzone, do tego wyborne wino, piękne widoki.
Po powrocie już nie było tak kulinarnie, na pewno bardzo hałaśliwie – stęsknione dzieci bardzo się starają, żeby zwrócić na nie uwagę – więc zwracamy.
Kacper też, znowu, zwrócił, wczoraj w żłobku, więc został zawrócony do domu, posiedzieliśmy sobie razem. Taka klamra, że tak powiem. Efekt tego jego zwracania, zapewne wespół z zapaleniem płuc, co jednak musi siać spustoszenie, nawet jeśli przechodzone jest łagodnie, to spadek wagi i znowu niechlubne miejsce na siatce centylowej. Pozostaje jakieś smaki nowe odkryć, zachęcić go do jedzenia i utuczyć.

Dziewczęta zaś tuczone być nie muszą, mają wagę idealną. Tylko jakoś Igę by należało podregulować, bo jej jedzenie posiłków wychodzi tylko wówczas, gdy ktoś powtarza co 5 sekund „jedz”. Czasem myślę, że bez tego powtarzania ona by z głodu umarła…

czwartek, 9 marca 2017

kupa

Kacper zrobił dzisiaj kupę do ubikacji.
No, serio. półtora roku i trochę a się udało. Fajny temat, wiem, życiowy, ludzki taki. Tym bliższy nozdrzom, że wszak spacerując po mieście co i rusz na kupę trafiam. Nie Kacpra, szczęśliwie, bo wali takie, że ja bardzo przepraszam, ale jelita musi mieć dłuższe od moich (moje kupy są naprawdę mniejsze) i gdyby to miały być jego to pewnie z pół chodnika by zajęły, ale te, na które trafiam wystarczą, żeby nabrać nawyku patrzenia pod nogi zamiast przed siebie czy wokół.
Kupa w ubikacji wzięła się stądż że Kacper próbował coś wydusić, ale nie szło. K. nawet już zdążył nabrać podejrzeń, że Kacper kupę już zrobił, rozebrał gościa a tu niespodzianka, że tak się wyrażę, ujemna. Kupy nie ma. No to K. w te pędy do toalety, sadza gościa i namawia go, udaje, że sam robi. Wpadam i ja, śmiejąc się z obu, w końcu sama pokazuję gościowi, o co chodzi, no i jest! Mamy rekord! Palma pierwszeństwa w sraniu. Excuse my French.
French jest modny, nie tylko na pazurkach, w końcu dziś Francuzi wsparli anty-Polaka. Jak i wielu innych go wsparło, tego zdrajcę narodu, tego od dziadka z Wermachtu. Temat tylko teoretycznie jest mniej gówniany, bo właściwie gównianą jest sytuacja, w jakiej się obecnie znajdujemy - my, jako rodzina i my jako naród. Czuję smród. Śmierdzi. Debilami, chamami, prostakami, złodziejami, arogantami. No śmierdzi mi, nic nie poradzę. I nie są to żadni obcokrajowcy, tylko rodzimi pseudopatrioci. Psują, ile wlezie, niszczą, kradną misiewiczami i przyłębskimi, a ja tylko kręcę głową z obrzydzeniem, tak śmierdzi.
No, ale nie o tym my tutaj, wszak bloga rodzinnego piszę, pamiętniczek taki poczynań moich potworów.
Potwory są potworne, nie dają żyć i na tym mogłabym zakończyć, ale jednak dodam, że dzisiaj potwory starsze upiększaliśmy. Oczywiście, że niczego im nie brakuje, ale upiększanie miało być symbolem, wzięło się bowiem z zaległego Dnia Kobiet. Nie on jednak zaległ, a moje córki, za szybko musiały spać się położyć wczoraj, więc nadrabialiśmy zaległy właśnie wczorajszy babski wieczór. Najpierw był bobcorn (tak, Iga dalej tak mówi na popcorn), a potem maseczki na twarz. Relaksacyjnie było, dziewczyny leżały na fotelu ogrodowym, światło ściemnione, klimatyczna muzyka w tle. Cud miód.
Teraz, mam nadzieję, śpią. Wprawdzie tylko młodzież jutro pójdzie do placówek - one wszak nieobjęte deformą, więc wstać muszą i żłobek i przedszkole zaliczyć.
Ninka zostaje w domu.
Gówniana, że tak pozostanę przy tematyce, forma protestu przeciwko ministrowi pseudoedukacji i na pewno nienarodowej, ale innej chwilowo nie widzę. Będziemy protestować, jeśli trzeba to co miesiąc. No przykro mi, jej edukacja jest dla mnie ważna. Sama byłam kształcona w gównopodstawówce PRL i naprawdę uważam, że można ten czas lepiej wykorzystać.
Tak więc wiosna w pełni!

wtorek, 24 stycznia 2017

Styczniowe atrakcje

Pamięć mi podpowiada, że w ubiegłym roku walczyliśmy z zarazą w marcu. I nie to, że na początku czy końcu, cały marzec był pod znakiem chusteczki i termometru.
W tym roku zaraz przylazła wcześniej. Zainfekowani byli lub są, jak rzadko, dziadkowie, i to z obu stron i to prawie w komplecie. Moja Mama się chwilowo trzyma, ale ona ma swoje inne atrakcje dodatkowe, więc uczciwie postąpiła zaraza, że jej odpuściła.
Ale i u nas co i rusz coś. Długi weekend z królami, 6-8 stycznia, przeleżałam z niespotykaną, jak na mnie w ostatnich latach, gorączką. A i później, cały tydzień, aż do 13 stycznia, w domu siedziałam. Może nie tyle, że umierałam, ale czułam się jak pod walcem przeciągnięta. Na dwa dni w domu ostał się Kacper, ale dzielnie zwalczył zarazę i dalej się żłobkuje od tego momentu, bez przeszkód. A kolejny tydzień – w czwartek i piątek, 19-20 stycznia, to moje domowe pracowanie z Igą i Niną, bo jedna miała gorączkę a drugą głowa bolała. I tak dotrwaliśmy do właśnie zakończonego weekendu Babć i Dziadków, grając z Niną w kotka i myszkę – boli głowa, ale już nie boli, no może troszkę, przestała godzinę temu, nie, kiedy była w toalecie, właściwie to jednak jeszcze trochę boli, ale teraz to już nie…
Wiara w prawdomówność dziecka po takich tekstach lekko siada, nieprawdaż.
Ostatecznie nie odmówiłam dziecku i poszła w sobotę ostatnią – najpierw na urodziny kolegi  do aquaparku a następnie nocować u koleżanki. Mama koleżanki wprawdzie poinformowała, że Ninka miała lekki stan podgorączkowy, ale dopiero po fakcie, kiedy Nina wróciła do domu. I wtedy biedne dziecko na nowo głowa rozbolała. Naprawdę, ona nie kłamie! Ale naprawdę, naprawdę, mamo czemu mi nie wierzysz??
No i w efekcie Iga i Kacper, z katarem i kaszlem, poszli karnie w poniedziałek do placówek a z obolałą Niną zostałam w domu.
Do Babć i Dziadków nie wybyliśmy, przekładając świętowanie na zbliżający się weekend. Powodów było kilka, głównie planowane imprezy Niny i jej zajęcia na Uniwersytecie Dzieci oraz to, że w ten weekend 28-29 i tak do Opola jedziemy (albowiem w planach mam zmęczyć studentów po raz ostatni). A okazało się, że i tak wyjazd raczej by się nie udał, skoro Babcie i Dziadkowie pochorowani lub tuż po chorobie.
I tak zleciał nam prawie cały styczeń. W międzyczasie zdążył nam się popsuć piec, zaplanowaliśmy wyjazd z małżonkiem mym, bez dzieci, co z dziwnych powodów raduje mnie nieopisanie, próbujemy ogarnąć logistycznie dzień po dniu a przy okazji nie utonąć w śmieciach.
Ninka ćwiczy, kiedy głowa ją nie boli, lekcje dzielnie odrabia w szkole i nie jest to dla niej przeszkodą w uzyskiwaniu dobrych ocen, większość wypowiedzi zaczyna od „Mama, a wiesz, co Wiki powiedziała?”, złości się na siostrę a potem przytula i bawi wedle jej zasad, rośnie i rośnie, je jak smok wawelski, coraz ładniej się wysławia, coraz więcej czyta, nadal nie można jej zwrócić uwagi i histeryzuje, kiedy coś jej nie wyjdzie.
Iga zmienia się jak kameleon w zależności od natężenia jej wyspania i zdrowia. Kilka dni przed infekcją (która polegała na 1 dniu z podwyższoną gorączką i kaszlu, który zanikająco, ale trwa do dziś) była zła jak osa. Wszystko na nie, ciągłe fochy, mina pod tytułem „bez kija nie podchodź”. Wrrr… Myślałam, że będę gryźć ją a ona mnie. Potem, w wyniku choroby, została w domu, wyspała się, odreagowała – i wróciła jako mała, kochana iskierka. Nie to, żeby bez przerw. Ale jest coraz lepiej, im więcej cierpliwości się jej okazuje, tym słodszą jest dziewczynką. Opowiada pięknie, co jej się przydarzyło, co obserwuje wokół i jakie ma plany – a bo koleżanka ma przyjść nocować, bo na wakacje będzie się wysypiała a z Babcią na narty pojedzie.
I złośliwa jest, wprost niewiarygodnie. Otóż dziewczyny trochę uzbierały a trochę dostały pieniążka, za którego nabyły zestaw LEGO. Składały, bawiły się, piękna sprawa. W zestawie był mały lisek, którego Nina wzięła do szkoły – wbrew logice i naszym prośbom, aby małych elementów do szkoły nie nosiła, bo zgubi. Zgubiła. Tak ją to rozstroiło, że samo słowo LIS powodowało u niej atak histerii – płacz, wrzask, wykrzywiona buzia, zatykanie uszu, kucanie lub odwracanie się od przeciwnika. Reakcja mocno przesadzona, ale Ninka tak właśnie ma. I co zrobiła Iga? Jadąc autem woła do Niny:
- Patrz, patrz, Nina! Patrz tam!!
- Nie widzę, co tam jest? – pyta Nina.
- O już nic… - odpowiada Iga – wydawało mi się, że widziałam, jak lis tamtędy przechodzi.
Nie muszę chyba wyjaśniać, jaka była reakcja Niny?
A Kacperek, nasz chuderlawy ekspert od zdrowia (swoją drogą nadal nie mam pojęcia, jak on to robi – bo żłobek, choćby był najczystszym i najbardziej zadbanym miejscem na świecie, i tak będzie siedliskiem zarazy, bo przynoszą ją po prostu inne dzieci czy nauczyciele; gościa to kompletnie nie rusza, on po prostu nie choruje)? Ukończył niedawno roczek i 5 miesięcy, dzielnie zmierza do półtora roczku. Łazi coraz sprawniej, zdarzy się mu podbiec. Charakterek ma, bo weź mu czegoś nie daj albo zabierz… Przytula się tak słodko i tak często, jak tylko to możliwe. Lubi siedzieć na kolanach i oglądać książeczki – w kółko te same. Z czasem ogląda każdą z nich coraz dłużej, pokazuje paluchem i czeka, aż objaśnię, co zacz. Wrzuca klocki do sortera a LEGO do pudełka, bawi się lwem, tygrysem i krokodylem (który musi zjeść klockową rybkę), wozi ich autem – kiedy je poustawiam na tym aucie i burzy wszelkie konstrukcje, które zbuduję. Wymyślił wchodzenie na stołek i nosi go z miejsca na miejsce, najchętniej pod lodówkę, gdzie bawi się magnesami. W telefonie domaga się piosenki Formacji Nieżywych Schabuff „DA DA DA”, mówiąc „da da  mmlala” i kołysząc się na boki, albo woła „LE” i języczek pokazuje – mówiąc LEW, kiedy chce obejrzeć TELETUBISIE, MIŚ I LEW. Gada umiarkowanie – postępów zbytnio nie widzę. Mama, Tatou, DA, i tyle. Jego mama znaczy też jeść (am am) i smoczek, tata to traktor, kotek czy ciastko. Woła śmiesznie WYŚ, kiedy chce wyjść z krzesełka do karmienia no i woła swoje siostry: NANA i AGA. A one przybiegają, bawią się z nim, całują i ściskają, aż do granic bezpieczeństwa. Częściej jednak Kacper spędza czas z nami niż z siostrami, bo dziewczyny po prostu szybko się młodym nudzą.
Iga i Kacper mieli swoje bale karnawałowe. Igunia, ze swojej kolekcji, wybrała sukienkę księżniczki, koronę i rękawiczki. Kacper został przemianowany na małego Bezlebuba. Ninki bal dopiero przed nią…
Co poza tym? Niewiele, chyba. Pracujemy z K. na wysokich obrotach, próbując jakoś to wszystko ze sobą poskładać, niedosypiając (głównie K.) i kombinując, jak wszystkie tematy ugryźć skutecznie (raczej ja). Czekamy na ferie, na które Ninka pojedzie z Wiki, Iga z Babcią a Kacper, najbardziej pokrzywdzony, zostanie z nami i będzie łaził do żłobka. A w drugim tygodniu już w pełnym zestawie pojedziemy do Czech i odetchniemy od tej naszej codzienności. Która jest wspaniała, naprawdę, tylko mocno męcząca.

A smog za oknem skutecznie zniechęca do realizacji sankowych planów…

czwartek, 29 grudnia 2016

mono...

Dostała Nina na urodziny grę o wdzięcznej nazwie MONOPOLY. Nie będzie to żadna reklama, kryptoreklama czy antyreklama, bo i po co. Gra jaka jest każdy widzi. Niektórzy grają i dobrze się bawią, inni (ja...) nudzą się. Ale skoro urodzinowe dziecko wyraziło ochotę - zagrali my.
Gra się ciągnęła sparciała guma, płaciłyśmy sobie, raz ja Nince raz ona mnie, za bytności na swoich posiadłościach. W końcu nabyłam odpowiednią porcję domów, Nina wyrzuciła odpowiednią liczbę oczek (choć, przyznaję, jedna z kostek spadła na ziemię, ale uczciwie odczytałam, co pokazała, Ninka bez szemrania werdykt zaaprobowała) i ruszyła. A kiedy dotarła okazało się, że aby wypełnić obowiązki musi sprzedać wszystkie posiadane domki i do tego zastawić połowę nieruchomości. Do momentu, kiedy Nina zorientowała się, że to w zasadzie oznacza koniec gry, jakoś szło. Ale potem... Czarna rozpacz, histeria, dramat. Katastrofa. Koniec świata. Płacz i zgrzytanie zębów.
I tak zakończyła się pierwsza partia gry w MONOPOLY, z prostej i banalnej przyczyny, a mianowicie z braku umiejętności przegrywania przez moją córkę, 9-letnią, dodam tylko.
I tak jadąc wczoraj przez miasto krzyknęło dziecko moje (to samo, co wyżej opisane):
- Mamo, zobacz, tam jest napisane MONOPOLY!!
Już prawie się odwróciłam we wskazywanym kierunku, kiedy z tyłu auta usłyszałam:
- A nie, to sklep monopolowy....

Wszystko, jak widać, co z monopolem związane, jakoś uprzykrza dziecku żywota.