niedziela, 30 sierpnia 2015

Kacper ma 10 dni!!!


10 dni.

Od tylu dni Kacper jest już po tej stronie mojego brzucha. Chyba należałoby ten czas jakoś podsumować, zanim kształt wydarzeń się zatrze.

Kiedy więc tak dałam się zamknąć w tym szpitalu myślałam tylko o tym, aby jednak się zaczęło – żeby pojawiły się te cholerne skurcze! Żeby spróbować, że tak mi zależy, to moje marzenie i ostatnia szansa. Zdrowy rozsądek wprawdzie wspominał mi, że szanse są mizerne – dwa cięcia to jedno, ale jestem już po terminie, poprzednie dzieci też się nie spieszyły i były spore. No i jednak z jakiegoś powodu Niny nie udało mi się urodzić. Co tam jednak rozsądek, żyłam jeszcze (niknącą) nadzieją…

Po przyjęciu na oddział zaczęły się badania i rozmowy z lekarzami. Najpierw młoda lekarka próbowała mnie przekonać, że nie powinnam już czekać. Że gramy do jednej bramki – liczy się zdrowie i życie moje i młodego – ale oni mają inne zdanie niż moje. Tłumaczyła i przekonywała, ale ja nie chciałam się złamać.

Podpięli mnie ponownie pod KTG, zbadali krew i inne takie, wszystko w normie. W zapisie pojawiły się nawet skurcze, jednak do porodowych było im bardzo daleko.

Następnego dnia, w środę, badała mnie kolejna lekarka, starsza, wyjechała do mnie z tą samą śpiewką. Zrobiła USG, z którego wyszło, że młody ma, lekko licząc, powyżej 4 kg. I zaczęła tłumaczyć. Że zdrowie jest najważniejsze, że muszę dać szansę swoim córkom, żeby miały zdrową mamę i brata. Że gdyby młody był mniejszy to byłaby szansa na poród naturalny, ale w tej sytuacji to się po prostu nie uda. Że nie zastosują żadnych środków stymulujących poród, bo ich stosowanie oznaczałoby, że oni godzą – jako personel – na podjęcie próby porodu naturalnego, a tak nie jest, bo wg nich jest to zły pomysł (pojawił się w jej wypowiedzi nawet biegły sądowy co jasno wskazywało, że szpital po prostu chroni swój tyłek). Do tego stwierdziła, że młody łepetynę ma jakieś 3 cm ponad spojeniem, co ma rzekomo świadczyć o tym, że po prostu w ogóle nie wstawia się do kanału i szans na to w najbliższym czasie nie ma. A ja czasu już nie mam żeby na to czekać. Rozmawiała na spokojnie i rzeczowo i, jak się zresztą obawiałam, zaczęłam się łamać.

Poprosiłam o chwilę do namysłu, poszłam zadzwonić do mojej położnej. W zasadzie to pani Grażyna rozwiała moje wątpliwości. Powiedziała, że tak dużego dziecka, które w ogóle nie wstawia się i nie planuje podróży w dół, po dwóch cc, nie dadzą mi urodzić, nawet gdyby się zaczęło - z byle powodu uznają, że należy kroić. Że szanse mam niewielkie.

I ta rozmowa złamała tą moją barierę mentalną, poddałam się. Przestałam – i do teraz tego nie robię – zastanawiać się dlaczego, frustrować się, że się nie udało. Po prostu przeszłam na drugą stronę – tak, pokrójcie mnie, nie mam szans, nie ma możliwości, żeby jakiekolwiek moje dziecko urodziło się naturalnie.

Reszta dnia minęła mi już tylko na rozważaniu, jak też to będzie po. Miałam wiele obaw i zwyczajnie bałam się tych wszystkich konsekwencji, jakie niesie za sobą cesarka i w zasadzie głównie te sprawy zaprzątały mi myśli.

W czwartek rano przygotowano mnie do zabiegu, o szczegółach nie będę wspominać. Potem położna powiozła mnie na salę, a K. wraz z bagażami podążył za nami. Kazano mu usiąść na fotelach a mnie wwieziono na salę.

I tu pierwszy szok. Do sali wszedł anestezjolog, podszedł do mnie, podał rękę, przedstawił się i zaczął wyjaśniać, jaka będzie jego rola. Sympatyczny, młody człowiek. Potem wchodziły kolejne osoby z personelu, niektóre ładnie się witały, niektóre nie, ale wszyscy byli niezwykle mili.

Lekarz miał pewien kłopot, żeby się wbić w mój kręgosłup, więc lekko stracił w moich oczach, ale w końcu się udało i zapadłam w połowiczną błogość. Druga moja połowa, całkiem przytomna, nawiązywała kontakt z otoczeniem. Nie pamiętam zbytnio, na jaki temat, ale rozmowa z całą ekipą była naprawdę fajna, co – zważywszy na okoliczności – było dla mnie niesamowite. Zeszło na politykę, transport, brakowało fajek i kawy do kompletu.

Między moją twarzą a brzuchem rozwieszono wielką, zieloną płachtę, przeciwko czemu głośno protestowałam. Lekarze stwierdzili, że zapewne nie chciałabym oglądać swoich bebechów, a ja odparłam, że czemu nie, w końcu są moje. Wytrwałam dobrą chwilę, kiedy mnie krojono, ale kiedy w końcu udało się im wyszarpać (dosłownie) ze mnie młodego, kiedy porwała go lekarka i zaniosła na stół do badań nie wytrzymałam i uchyliłam sobie szmatę. I widziałam te wierzgające nóżki, które jeszcze kilka godzin wcześniej wbijały się w moje żebra. Wrzask młodego nie był jakoś specjalnie głośny, trochę rzęził – zapewne niewyciśnięte wody płodowe grały w małych płuckach.

Lekarz tnący przekazał mi informację, że kolejna ciąża – i kolejna cesarka – byłaby dla mnie sporym ryzykiem. Sporo zrostów, konieczna plastyka mojego wnętrza. No cóż, temat czwartego dziecka jest tematem na osobną historię, może kiedyś przyjdzie i na taką czas.

Kacper urodził się z wagą 4.300, mając 57 cm długości. Ta waga mnie zmroziła. Chyba ona mnie jakoś tak dodatkowo uspokoiła w kwestii porodu naturalnego. Dziecko o tej masie u – w zasadzie – pierworódki? Albo bym popękała albo by mnie mocno pokrojono, w efekcie na pewno długo jeszcze po porodzie bym cierpiała, o ile w ogóle moja blizna dałaby nam szansę się sobą cieszyć…

Kiedy młody został opatrzony lekarka położyła mi go na ramieniu. Chwilkę to trwało, nie wiem nawet jak długo, ale jednak mogłam od razu to maleństwo dotknąć, pogłaskać, uspokoić. To była dla mnie nowość i ogromna radość.

Potem Kacper został przekazany swojemu szczęśliwemu ojcu do ponoszenia i poprzytulania. Tylko z opowieści wiem, że trwało to dobrą chwilę.

Potem, wedle procedur, przewieziono mnie na salą pooperacyjną i tu kolejny szok. Na tej Sali mógł być ze mną mój mąż! Mało tego, kursował co chwilę pomiędzy mną a młodym, relacjonował, co z nim właśnie robią, a kiedy zrobiono, co należy, dopilnował, żeby go przywieziono prosto do stęsknionej mamy. I leżał sobie młody koło mnie, choć łba podnosić nie mogłam, o ruszaniu się nie wspomnę, to jednak mogłam syna przytulić i pogłaskać. Jakże inne miałam wspomnienia z poprzednich porodów…

Miałam / chciałam dać sobie spokój ze znieczuleniem i wstać po tych 6 godzinach, na które zgodził się anestezjolog. Nie dałam rady, ból mnie pokonał. Zażyczyłam sobie kroplówkę z paracetamolu a pionizować zaczęłam się po 7 godzinach. I tak około 18 byłam już na swojej docelowej Sali, a młody wraz ze mną. Ból był przeokropny, nie do zniesienia – czy to przy leżeniu, czy wstawaniu czy chodzeniu. Chyba tylko siedzenie w zgiętej pozycji, przez chwilę, dawało wytchnienie.

Młodego karmić zaczęłam jeszcze w sali pooperacyjnej. Mlasnął trzy razy, zassał i poszło. Początkowo to, co produkowałam, wystarczało mu w zupełności. Przestało wystarczać w piątek…

Kiedy w środę jeszcze rozważałam, czy zatrudnić szpitalną położną, przerażona wysłuchiwałam słów oddziałowej – nie ma odwiedzin, poza wyznaczonymi godzinami. A te godziny to 15-18. Położna się przyda. Pomyślałam, że na dzień porodu raczej nie będzie konieczna, skoro na sali znajdę się pewnie około tej 17 – akurat będzie czas odwiedzin. A zamówię ją sobie na dzień następny, jeśli trzeba będzie.

Okazało się jednak, że wersja oficjalna ma się nijak do rzeczywistości. K. przyjechał w piątek o 8 rano a wyszedł ze szpitala po 20. Nikt nie zwrócił mu uwagi. Leżałam na sali z dziewczyną, której syn miał mocną żółtaczkę, był naświetlany, a ona przy nim czuwała. Jej mąż siedział więc z nią, i dając się jej wyspać czuwał na zmianę z nią nad synkiem i dopiero koło 23 przyszła położna i delikatnie zasugerowała, żeby jednak już poszedł.

Tak więc obecność małżonka, który pomagał i przy młodym i przy mojej pionizacji, była całkowicie możliwa i nikomu nie przeszkadzała.

Kończąc temat bólu i jemu podobnych odczuć – bolało jak sam skurczybyk. Czwartek, kiedy puściło znieczulenie, noc z czwartku na piątek i połowa piątku – to była gehenna. W piątek czekałam na małżonka, aby pomógł mi wstać, bo nie miałam na to siły. Nie doczekałam go jednak i prawie się popłakałam z bólu. Popołudnie w piątek było już lepsze – nie wiedząc kiedy położyłam się na boku i nawet jakoś dramatycznie nie zabolało. Energii na pewno dodawał mi fakt, że w sobotę mieliśmy ogromną szansę na wyjście ze szpitala! Najmocniej czułam chyba miejsca, gdzie wyszarpywano mi młodego, oraz kręgosłup. Brzuch bolał na początku, potem jakoś przeszło.

A co do Kacpra? Kiedy tylko się urodził wodził oczami po okolicy jakby coś widział i jakby coś rozumiał. Nie wiem, czy to prognostyk na przyszłość, ale nie spodziewałam się, że świeżo urodzone dziecko może być tak skoncentrowane na otoczeniu!

Postanowiłam przeprowadzić eksperyment – spróbować wychować go bez smoczka. Jak na razie się udaje, choć efektem tego jest powrót do wagi urodzeniowej w 6 dni a nie w 10, jak mówią normy. Kiedy stęka, jęczy i płacze – reaguję natychmiast. Najczęściej sugerując posiłek, bo też tak mi najłatwiej. A karmić mam czym – po piątkowym kryzysie, kiedy naprawdę w piersiach była pustka a młody zasysał dosłownie co chwila i to bez efektu – od soboty zaczął się nawał pokarmowy i trwał do ostatniego czwartku. Kryzys wymusił nawet na mnie podanie młodemu paskudztwa – mieszanki. Wypił tego może ze 100 ml, ale jednak jest plama na honorze… Na szczęście więcej już tego robić nie będę musiała, mam nadzieję.

Początki karmienia są, co przecież wiem doskonale, trudne. Kacper nie radzi sobie z ilością otrzymywanego pokarmu, połyka niesamowite ilości powietrza i potem odbija po kilkanaście razy. Odłożony za szybko – dostaje czkawki, żeby się jej pozbyć musi dojeść, znowu połyka powietrze i tak w koło macieju. Praktycznie nie da się go odłożyć w odpowiednim momencie, bo najczęściej i tak dostaje czkawki.

Najważniejsze jednak, że po podobnych przebojach nocami jakoś się poukładaliśmy. Kacper śpi między 2 a 4 godziny w jednym rzucie i w zasadzie największym problemem jest to, że kiedy się budzi ma pełną pieluchę i to go trochę wybudza. Brak produktów przemiany materii skracałby do minimum czas nocnego czuwania. Ale dojdziemy i do tego.

Nie powiem, żebym była wyspana czy wypoczęta. Brzuch też boli, piersi jeszcze godzą się ze swoją nową funkcją. Ale jest dobrze. Naprawdę.

Nie wiem, czy to dlatego, że mam świadomość, że więcej już mamą takiego małego smyka nie będę i to ostatni moment, żeby rozkoszować się tym etapem w życiu dziecka, więc te gorsze chwile jakoś spycham na drugi koniec świadomości. To przecież ten czas w życiu dziecka przemija najszybciej! Wszystko minie, już niebawem ten czas będzie tylko wspomnieniem.. A może po prostu do wszystkiego podchodzę bardziej na luzie, bez nerwów i stresu? Może też dlatego, że Kacper jest spokojnym młodym człowiekiem i awanturuje się niezwykle rzadko?

Wszystkiego zebrałoby się może jakieś 15-20 minut płaczu i krzyku tego jegomościa, jak do tej pory. Wiem, wszystko przede mną. Ale, może, wcale nie? Może tak właśnie pozostanie, że będę reagować odpowiednio i szybko na jego realne potrzeby a wszelkich wymuszeń rozbójniczych i płaczu wymuszającego uda się uniknąć?

Kto wie…

W domku jesteśmy faktycznie od soboty. W dwa dni po ciężkiej operacji wypuszczono mnie do domu. Kolejne, ciekawe doświadczenie. A co w domu? Oj, dzieje się J

 

 

1 komentarz:

  1. Czyli standardy zaczynają się w szpitalu zmieniać ma lepsze Ja widziałam stanowisko gdzie "obrabiali" młodego cały czas, bo było e zasięgu wzroku A on tak krzyczał ... to chyba było proroctwo ☺ Jak ci zazdroszczę tego braku płaczu Tymcio płacze tak że wyszla mu przepuklina pepkowa😞

    OdpowiedzUsuń